Wzbierający sztorm USA-Chiny

Wzbierający sztorm USA-Chiny

GRU 31, 2017
333 VIEWS
Wzbierający sztorm USA-Chiny

Wojny były są i będą, ale nie wszystkie niosą ten sam potencjał destrukcji i zmian w systemie. Czym innym jest wojna Armenia-Azerbejdżan ciągnąca się od kilku dekad, a czym innym będzie wojna USA-Chiny. Wojna na Zakaukaziu to zaledwie listek spadający z drzewa w porównaniu do przyszłego starcia dwóch największych potęg na świecie. Zmagania w kategorii wagi ciężkiej najczęściej implikują zmianę układu sił w polityce międzynarodowej, a być może nawet głęboką przebudowę jego struktury. Z taką sytuacją ludzkość miała do czynienia po zakończeniu II wojny światowej, czyli przejścia od „multipolarity” do „bipolarity”. Innymi słowy szykuje się nam powrót do przyszłości.

W związku z tym należy zadać zasadnicze pytanie czy można pokonać Chiny? Według mnie nie, ponieważ Chiny to nie Czechy. Jeśli mocarstwa kolonialne na przełomie XIX i XX w. w dobie tzw. drednotów nie były w stanie rozkroić i opanować całej linii brzegowej Państwa Środka nie mówiąc o interiorze to tym bardziej w dobie broni nuklearnej nie da się podbić i kontrolować ChRL. Niektórzy przyznają, że taka sytuacja spędza sen z powiek Ameryce. Niemniej jeśli założymy, że Ameryka nie ma aspiracji terytorialnych, to sytuacja ulega zmianie. Ale wówczas należy zadać pytanie, dlaczego amerykańscy stratedzy rozwijają koncepcję wojny powietrzno-morskiej? Aby udzielić odpowiedzi na to pytanie trzeba spojrzeć na rozkład sił w Azji Wschodniej i określić możliwe scenariusze rozwoju wydarzeń. Dopiero to pozwoli zrozumieć cel przyszłej wojny, jej przebieg oraz konsekwencje dla świata, Azji i Ameryki.

Układ sił w regionie Azji i Pacyfiku

W przypadku Azji Wschodniej mamy do czynienia z warunkami zrównoważonego systemu wielobiegunowego. Zarówno Rosja, Chiny, jak i Stany Zjednoczone są najważniejszymi tam mocarstwami i żadne z nich nie przejawia cech potencjalnego hegemona. Stabilność tego systemu wynika z trzech szczególnych aspektów. Po pierwsze, Rosja, Chiny i USA posiadają broń nuklearną, co czyni jakąkolwiek inicjację wojny między nimi praktycznie niemożliwą. Po drugie, pomimo tego, że Stany Zjednoczone stanowią największą potęgę w regionie, to odgrywają jedynie rolę zamorskiego „balancera”, jak wyżej zaznaczono bez terytorialnych aspiracji. Po trzecie, Rosja, jak i Chiny nie posiadają wystarczającego potencjału militarnego do efektywnego rzutowania swojej siły, aby działać agresywnie wobec bliższego i dalszego sąsiedztwa.

W sumie obecna architektura bezpieczeństwa jest korzystna dla wszystkich państw tam położonych. Jednak jest mało prawdopodobne, aby utrzymała się ona przez następne, co najmniej dwie dekady – do około 2040 r. Wydaje się, że jej rozwój będzie następował w dwóch możliwych kierunkach. 1) Jeśli Chiny nie osiągną statusu potencjalnego hegemona, to Stany Zjednoczone najprawdopodobniej wycofają swoje siły zbrojne z Azji Wschodniej. Z kolei to spowoduje, że ich miejsce zajmie Japonia. Dzięki posiadaniu odpowiednich zdolności gospodarczych Tokyo osiągnie dość szybko pozycję nuklearnego mocarstwa. W takich okolicznościach system bezpieczeństwa w Azji Wschodniej dalej pozostanie wielobiegunowy i raczej zrównoważony, w układzie Rosja, Chiny, Japonia. Jednak rywalizacja może być nieco bardziej intensywna niż ma to miejsce obecnie z powodu problemu adoptowania Japonii do regionalnego układu sił. 2) W drugim scenariuszu, jeśli Chiny wyłonią się, jako potencjalny hegemon zapewne azjatycka biegunowość stałaby się wysoce niezrównoważona, a Stany Zjednoczone musiałyby utrzymywać rozbudowane bazy wojskowe – szczególnie morskie, aby powstrzymywać rewizjonistyczne aspiracje ChRL. Zdecydowanie należy podkreślić, iż oba warianty nie mają obecnie miejsca.

Jakie są tego implikacje dla bezpieczeństwa narodowego USA? Zapewne najbardziej ryzykowny rozwój wypadków, jaki może spotkać Amerykę w XXI w. to wyłaniające się Chiny, jako pretendent do hegemonii. Oczywiście, perspektywy ChRL, aby osiągnąć taką pozycję, w dużej mierze zależą od tego, czy ich ekonomia będzie utrzymywała w dalszym ciągu swój bezprecedensowy wzrost gospodarczy,

tak jak przez ostatnie trzy dekady. Jeśli to się wydarzy, Chiny nie tylko staną się największą gospodarką, produkującą wysoko zaawansowane dobra i usługi technologiczne, ale prawie na pewno użyją swojego bogactwa do budowy ogromnej machiny wojennej. Zapewne, strategiczne imperatywy ChRL, jak i struktura systemu bezpieczeństwa będą popychać ich do uzyskania dominacji w regionie. W podobny sposób, jak uczyniły to Stany Zjednoczone w Zachodniej Hemisferze w XIX w. Zatem można się spodziewać, że Chiny będą chciały zdominować Koreę Południową, Japonię, jak i inne kraje, dzięki zwiększeniu swojej armii do takiej skali, iż pozostałe państwa nie będą w stanie stawić im czoła. W końcu należy oczekiwać, że ChRL stworzy swoją własną doktrynę Monroe skierowaną przede wszystkim przeciwko Ameryce. Według tego wzoru Chiny również zademonstrują jasny imperatyw, iż ingerencja USA w sprawy Azji Wschodniej będzie nie do zaakceptowania.

Widmo chińskiego wyzwania jest dużo bardziej niebezpieczne i potężne niż pretendenci do hegemonii konfrontujący się z Ameryką w XX w. W rzeczywistości ani kajzerowskie Niemcy, ani imperialna Japonia, ani III Rzesza ani nawet Związek Sowiecki nie posiadały tak wiele ukrytej potęgi jak Chiny. Jeśli całe Państwo Środka osiągnie poziom bogactwa i dobrobytu Hong Kongu, to prawdopodobnie jego potęga będzie czterokrotnie większa niż USA. Jakby nie spojrzeć to pozwoliłoby im uzyskać zdecydowaną przewagę militarną nad Ameryką. Obecnie trudno jest sobie wyobrazić, jak w tak niekorzystnych warunkach może być realizowana jakakolwiek strategia powstrzymywania.

Geometria przyszłej wojny

Jeśli chcemy dostrzec wyłaniające się kontury problemów tego zmagania, to najlepiej widoczne będą one na tle zimnowojennej strategii wobec Związku Sowieckiego. Na początku należy zaznaczyć kilka istotnych różnic pomiędzy supermocarstwową rywalizacją w tamtym czasie, a przyszłą konfrontacją USA-ChRL. Przede wszystkim Związek Sowiecki był położony zarówno w Europie, jak i w Azji, czyli stwarzał zagrożenie dla dwóch regionów. Zatem Stany Zjednoczone musiały sformować równoważącą koalicję na obu krańcach Eurazji. Z kolei Chiny są potęgą wyłącznie azjatycką, a więc tylko w jednym regionie będą rozgrywały się losy nowego układu sił. To oznacza, że Chiny nie zagrożą w jakiś istotny sposób Europie. W efekcie czego najważniejsze europejskie mocarstwa najprawdopodobniej nie będą odgrywały aktywnej roli w poskromieniu ChRL.

W tamtym czasie USA i ZSRS także rywalizowały o roponośne pola w regionie Zatoki Perskiej. Oba supermocarstwa miały tam swoich sojuszników, którzy brali udział w wielu wojnach. W rzeczywistości Stany Zjednoczone były poważnie zaniepokojone inwazją Związku Sowieckiego lub Iranu w Zatoce Perskiej. Biorąc pod uwagę, jak bardzo Chiny są uzależnione od dostaw ropy z tego regionu, to jest bardzo prawdopodobne, że wywiąże się tam silna rywalizacja z USA. Jednak możliwość bezpośredniej chińskiej inwazji na obszar Bliskiego Wschodu jest mało realna, z prostego powodu, jest to zbyt daleko. Ameryka pokrzyżowałaby taki plan. Wydaje się, że bardziej prawdopodobne jest rozmieszczenie chińskich oddziałów na prośbę jakiegoś regionalnego sojusznika. Wystarczy sobie wyobrazić, że Chiny i Iran ustanowią na tyle bliskie relacje, że Teheran poprosi Pekin o rozmieszczenie wojsk na swoim terytorium. Zresztą z taką sytuacją mieliśmy już do czynienia w przypadku rosyjskich sił powietrznych operujących z obszaru Iranu przeciwko bojownikom tzw. Państwa Islamskiego. Pomimo tego, że Amerykanie i Sowieci rywalizowali w Europie, w Azji i na Bliskim Wschodzie, Chiny i USA będą konfrontowały się tylko w tych dwóch ostatnich regionach, czyli Zatoka Perska i Azja Północno-Wschodnia.

Choć sowiecko-amerykańska rywalizacja obejmowała cały glob, jej centralny front przebiegał w Europie Środkowej. W rzeczywistości bezustannie występowało tam ryzyko wojny konwencjonalnej o dużej skali, aby przejąć cały Stary Kontynent. Dla obu stron taki rozwój wypadków miał ogromne znaczenie, nie tylko dlatego, że istniał tam duży potencjał dla wojny nuklearnej, ale także, że zdecydowane zwycięstwo ZSRS mogło fundamentalnie zmienić globalną równowagę sił. Obecnie trudno jest sobie wyobrazić podobne okoliczności w Azji z powodu całkowicie innej geografii. W takim scenariuszu oba mocarstwa USA-Chiny zostaną najprawdopodobniej wciągnięte w wojnę konwencjonalną, co najwyżej na obszarze Półwyspu Koreańskiego. Z taką sytuacją świat miał już do czynienia w latach 1950-53 r. Jednak ogrom zniszczenia i rozmiar takiego konfliktu nie może być, aż tak duży, jak historyczna perspektywa wojny NATO-Układ Warszawski.

Oprócz konfliktu w subregionie Półwyspu Koreańskiego można sobie wyobrazić ścierające się USA i ChRL o Tajwan i sporne wyspy wzdłuż chińskiego wybrzeża oraz o morskie linie komunikacyjne łączące Chiny kontynentalne i Bliski Wschód. Wszystkie te przypadki mają jednak nikły poziom odniesienia w porównaniu do rywalizacji zimnowojennej USA-ZSRS w sercu samej Europie. W azjatyckich scenariuszach stawki są dużo mniejsze, natomiast liczby możliwych incydentów, szczególnie na morzu, dużo większe i łatwiej czyniące wyobrażalny wybuch konfliktu.

Jak zacznie się wojna USA-Chiny?

Jak zostało zauważone wyżej układ sił w regionie Azji i Pacyfiku jest wielobiegunowy. Pomimo tego, że jest to system zrównoważony może wykazywać dużą podatność na wojny. Nawet jeśli Chiny nie wyłonią się, jako pretendent do hegemonii. Jakie niekorzystne cechy charakteryzują wielobiegunowość? Przede wszystkim chodzi o współzależność mocarstw (niepewność), rozproszenie zagrożeń (złożoność) oraz chaotyczności reakcji.

W warunkach świata wielobiegunowego państwa często łączą zasoby w celu realizacji własnych interesów np. USA i Rosja, USA i Indie, Rosja i Indie, Japonia i Korea Południowa lub Australia i Wietnam, aby równoważyć Chiny. Współpracujące mocarstwa o mniej więcej równym potencjale muszą znaleźć wspólny mianownik prowadzonej polityki. Wtedy łatwo mogą znaleźć się w najgorszym z możliwych światów. Inaczej jest w warunkach świata dwubiegunowego, gdzie przywódcy sojuszu tworzą przede wszystkim strategie na podstawie oceny własnych interesów. Strategie te mogą w większym stopniu dotyczyć sposobów radzenia sobie z głównym rywalem, a w mniejszym zadawalać własnych sojuszników. Niemniej przywódcy takich koalicji są w stanie realizować własną linię postępowania, która oczywiście też może być oparta na niewłaściwej ocenie sytuacji, na wyobrażonych lub rzeczywistych lękach, na niecnych lub szlachetnych celach. Nie są wolni od wszelkich ograniczeń, ale narzuca je główny adwersarz, a nie sojusznicy. Waszyngton nie będzie miał takiego komfortu w rywalizacji z ChRL, ponieważ nie tylko Pekin, ale także amerykańscy koalicjanci i partnerzy będą wprowadzali ogromną niepewność i złożoność niemożliwą do obliczenia nawet dla najlepszych strategów z Pentagonu.

W takim środowisku, zapałka i benzyna, substancje wzmagające rozprzestrzenianie ognia, mogą zamienić się bardzo szybko w przypadkowy incydent lub prowokację strony trzeciej. Jedna grupa takich środków została dobrze uchwycona przez Carla von Clausewitza i nazwana „mgłą wojny”. To jest rozwinięcie przenikliwości Tukidydesa odnośnie kwestii szansy na zwycięstwo. Clausewitz zaobserwował, że wojna jest dziedziną „niepewności”. Według niego trzy czwarte działań walczących stron są oplecione mgłą większego lub mniejszego niezdecydowania. Z kolei to może prowadzić polityków i wojskowych do działań pochopnych, pomimo tego, że całkowity zbiór faktów powinien doradzać im ostrożność.

Przyszły konflikt USA-Chiny będzie obarczony dwoma obszarami niepewności przede wszystkim a) broń przeciwsatelitarna i b) cyberprzestrzeń. Oba te czynniki dają obietnicę zaszokowania wroga na polu walki, ale za cenę jeszcze większej „mgły wojny”. Dzięki atakowi na system dowodzenia i nadzoru przeciwnika (command-and-control systems) można sparaliżować jego obronę. W trakcie operacji „Pustynna Burza” (Desert Storm) amerykańskie siły zbrojne zademonstrowały taką opcję 1.0. Wówczas U.S. Army zniszczyła wywiad Saddama Husseina i odcięła go od komunikacji ze swoimi dowódcami. Wyizolowana armia iracka „przykucnęła”. Ze strategicznego punktu widzenia wyglądało to, jak polowanie na „dużego dzika” w małej zagrodzie.

To właśnie broń przeciwsatelitarna stanowi środek, który wojskowi spodziewają się, że odegra dużą rolę w przyszłej wojnie. Przez długi czas ten temat był naukową fikcją, obecnie stał się faktem. Cały wachlarz, od broni kinetycznej po ciche systemy, które używają lasera są w stanie wyeliminować łączność satelitarną. W 2007 r. Chiny zniszczyły pogodową satelitę i dalej regularnie testują możliwości przeciwsatelitarne. Choć w dużo mniej prowokujący sposób. Same satelity stanowią krytyczny czynnik w U.S. Army od wczesnego ostrzegania systemów pocisków balistycznych i dostarczania obrazu (prognozy pogody) po planowanie operacji wojskowych. Globalny system satelitarnego pozycjonowania tzw. GPS jest zainstalowany prawie we wszystkich rodzajach precyzyjnej amunicji. Pozwala to również okrętom, samolotom i siłom lądowym wiedzieć dokładnie, gdzie się znajdują w trakcie ćwiczeń lub działań bojowych. W sumie Stany Zjednoczone polegają na tej technologii w dużo większym stopniu niż ich rywale, co czyni je idealnym celem.

Cyberprzestrzeń to kolejne szerokie pole dla nowoczesnych technologii, które z jednej strony mogą dać ogromną przewagę, ale z drugiej powodują duże ryzyko niezamierzonej eskalacji. Szczegóły dotyczące ofensywnej broni w cyberprzestrzeni są ściśle tajne i ciągle rozwijane. Choć opinia publiczna słyszała już o pełnym wachlarzu ich możliwości np. amerykański atak na program nuklearny Iranu. Główne instytucje w USA ds. cyberprzestrzeni, a więc National Security Agency i U.S. Cyber Command oraz ich chińskie odpowiedniki, mogą używać cyberbroni, aby zakłócać sieci militarne lub krytyczną infrastrukturę cywilną. Wykorzystanie podwykonawców lub międzynarodowej sieci komputerów może skutecznie tuszować źródła cyberoperacji, tym samym spowolnić zdolność ofiary do identyfikacji tożsamości atakującego.

Podobnie, jak środki przeciwsatelitarne tak cyberprzestrzeń może stworzyć zdecydowaną przewagę podczas konfliktu zbrojnego – bez dużego rozlewu krwi. To przedstawia niebezpieczny paradoks: działania, które w zamyśle atakującego mają tłumić konflikt mogą okazać się niebezpieczne i prowokujące dla ofiary. Podobnie jest z cyberprzestrzenią. W efekcie czego zwiększa się ryzyko fałszywej oceny sytuacji.

Chociaż zarówno USA jak i Chiny mają nuklearne arsenały, które mogą przetrwać pierwszy atak i wciąż pozwolić sobie na odwet, to jednak żadne z nich nie może być pewne czy ich cyber-zasoby wytrzymałyby poważny atak cybernetyczny. Wyobraźmy sobie ofensywę ChRL przeciwko amerykańskiej sieci, która paraliżuje zdolność USA do szybkiej odpowiedzi lub nawet użycia krytycznych podsystemów dowodzenia. To tworzy niebezpieczny dylemat nacisnąć czerwony przycisk czy przegrać? W tej dynamice, każda strona jest motywowana, aby zaatakować kluczowe centra swojego adwersarza zanim jego własne zdolności nie zostaną wyeliminowane.

W porównaniu z najbardziej prymitywnymi instrumentami wojny, szczególnie chodzi tutaj o broń nuklearną, cyberprzestrzeń wydaje się oferować wyrachowane i precyzyjne narzędzie. Ale to jest iluzja. Wzrost połączeń pomiędzy systemami i urządzeniami może uczynić tzw. efekt domina. Nikt nie jest zdolny do ustalenia, jak włamanie się do jednego systemu może mieć wpływ na inny. Ci, którzy przeprowadzają ofensywne działania w cyberprzestrzeni mogą znaleźć się w trudnej sytuacji, aby uniknąć eskalacji. W 2016 r. na całym świecie było 180 tys. systemów połączonych przez Internet. Wraz z proliferacją tego medium, które obejmuje około 10 mld urządzeń liczba kuszących celów raptownie wzrosła.

Inny czynnik to zakłócanie pracy cywilnych sieci internetowych. Tutaj także, każda strona może postrzegać akcje zaczepne w całkowicie inny sposób. Weźmy choćby chiński „Great Firewall” zbiór środków i metod hardware i software, który pozwala ChRL monitorować i blokować dużą część treści w Internecie. Waszyngton może zablokować jakiś podsystem ważny dla pracy „wielkiego brata” w zamiarze ostrzeżenia Pekinu z powodu naruszania praw własności intelektualnej. Jednak dla chińskich przywódców, którzy uważają zdolność do kontroli informacji w sieci za żywotny interes, taka operacja może być opacznie odczytana, jako przygotowanie przez USA przedpola pod strategię „regime change” (zmiana reżimu).

Biorąc pod uwagę wskazane otoczenie i czynniki zwiększające niepewność i złożoność sytuacji potencjalny incydent militarny USA-Chiny może być niewiarygodnie prozaiczny, a jego eskalacja niezwykle gwałtowna. Jak będzie to wyglądało w praktyce zostanie przedstawione w trzech hipotetycznych scenariuszach. Przy uwzględnieniu wyjściowej tezy o rozproszonej geometrii przyszłej wojny oraz o niesprzyjających cechach struktury sytemu w regionie Azji i Pacyfiku: a) współzależność militarna; b) złożoność zagrożeń; i c) chaotyczność reakcji.

Scenariusz I

Obecnie okręty i samoloty U.S. Navy oraz sił sojuszniczych operują coraz bliżej chińskich instalacji militarnych niż kiedykolwiek wcześniej. Amerykańskie niszczyciele uzbrojone w pociski kierowane regularnie prowadzą nawigację blisko wysp kontrolowanych przez ChRL oraz na spornych wodach Morza Południowochińskiego.

Przypuśćmy, że podczas rutynowego patrolu niszczyciel U.S. Navy przepływa blisko atolu Mischief Reef (Morze Południowochińskie), przy jednej z nowo usypanych sztucznych wysp, gdzie Chiny budują pasy startowe dla samolotów oraz instalują zaawansowaną obronę przeciwrakietową. Kiedy amerykański okręt zbliża się do kontestowanej strefy, niewielki kuter chińskiej straży przybrzeżnej zaczyna prowokacyjnie zakłócać jego kurs. W podobny sposób, jak to miało miejsce z USS Cowpens w 2013 r. Jednak obecnie, w przeciwieństwie do tamtego feralnego zdarzenia, amerykański okręt nie jest w stanie wykonać szybkiego manewru i ulega kolizji z chińską jednostką, oczywiście chiński kuter idzie na dno wraz z całą załogą na pokładzie.

Chiński rząd ma trzy opcje: Podejście łagodne miałoby na celu uniknięcie eskalacji przez pozwolenie amerykańskiemu niszczycielowi opuszczenia spornych wód, a następnie oprotestowania jego akcji przez tzw. kanały dyplomatyczne. Na drugim końcu tego spektrum znajdziemy podejście wet za wet, czyli zatopienie niszczyciela przy użyciu myśliwców lub pocisków PLA Navy (Marynarka Wojenna Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej). Pekin może także wybrać wyjście pośrednie, aby nie stać się stroną przegraną i jednocześnie nie ryzykować eskalacji. Chodzi o zablokowanie amerykańskiego niszczyciela tak, aby nie był w stanie opuścić miejsca kolizji, a następnie zmuszenia go do wejścia na obszar wód terytorialnych ChRL. Ostateczny cel takiego planu to wymuszenie poddania załogi okrętu i osądzenia jej przed obliczem chińskiego trybunału.

Chiny mogą uważać, że deeskalacja sytuacji przy użyciu rozwiązania dyplomatycznego może być w jakiejś mierze pokrewna do porozumienia, które niegdyś pozwoliło amerykańskiej załodze zachować twarz i powrócić do domu. Po tym, jak niedaleko wyspy Hainan rozbił się samolot U.S. Air Force – szesnaście lat temu. Niemniej okoliczności od tamtego incydentu znacząco się zmieniły. Z amerykańskiej perspektywy nieostrożne nękanie niszczyciela przez chińską straż przybrzeżną byłoby pierwszą i najważniejszą przyczyną kryzysu. Ponadto, chińskie próby zaaresztowania amerykańskich marynarzy na wodach międzynarodowych naruszałoby prawo morza. Zapewne ostentacyjna kapitulacja USA miałaby swoje dalsze reperkusje. Jeśli siły zbrojne największego mocarstwa na świecie nie mogą stawić czoła ChRL, aby bronić swojego prawa do wolnej nawigacji, to jak odebraliby takie przesłanie sojusznicy Ameryki w regionie np. Japonia lub Filipiny?

Amerykanie stanęliby przed dwoma alternatywami, aby nie utracić swojej wiarygodności. Pierwsza oznaczałaby, iż niszczyciel U.S. Navy musi zatopić krążownika PLA Navy. Drugie wyjście, polegające na uniknięciu rozlewu krwi, oznaczałoby demonstrację siły. Oczywiście Waszyngton musiałby zachować pewien stopień wrażliwości wobec chińskiego rządu z powodu wewnętrznej presji przed jaką ten ostatni musiałby stanąć. Strategiczne dowództwo USA na Pacyfiku z siedzibą na Hawajach po konsultacjach z najwyższymi urzędnikami Białego Domu m.in. szefa połączonych sztabów, doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego, sekretarza stanu, sekretarza obrony, wiceprezydenta oraz samego prezydenta USA (Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych USA), mogłoby podjąć decyzję o użyciu samolotów F-22 i F-35 stacjonujących najbliżej miejsca incydentu. Więcej wysłać tam lotniskowiec z portu wojennego w Japonii i rozlokować bombowce strategiczne B-2 na wyspie Guam lub nawet postawić w stan gotowości okręty podwodne klasy Virginia. Amerykanie mogliby uznać, iż działania o takiej skali wystarczą, aby zasygnalizować rządowi ChRL, że jakakolwiek eskalacja w regionie może być zbyt ryzykowna.

Jednak Pekin może inaczej postrzegać te wydarzenia, szczególnie podczas „mgły wojny”. Po pierwsze, Ameryka zatopiła już chiński okręt (kuter straży przybrzeżnej). Po drugie, amerykańskie myśliwce zaczynają panować w powietrzu i już zagrażają ich krążownikowi oraz innym okrętom PLA Navy (zagrożone są także militarne instalacje na pobliskich wyspach). Mając na uwadze głos własnej opinii publicznej, chińscy przywódcy są świadomi, że jakikolwiek dalszy rozlew krwi dokonany przez Stany Zjednoczone zmusiłby ich do agresywnego odwetu.

W kolejnych sekwencjach tego scenariusza kontrola nad sytuacją wymyka się z rąk chińskich przywódców. Zaczyna się od tego, jak F-35 wchodzi do akcji, wówczas bateria chińskiej obrony przeciwlotniczej oddaje salwę. Pilot maszyny dokonuje manewru wymijającego, jednak nie ma to już większego znaczenia, ponieważ niszczyciel U.S. Navy zaczyna kłaść ogień rakietowy na obronę przeciwlotniczą PLA Navy na jednej ze sztucznych wysp. Po tym ataku chiński dowódca wydaje rozkaz odpalenia pocisków przeciwokrętowych. Oczywiście rakiety dosięgają swojego celu i zabijają setki amerykańskich marynarzy. Ci którzy się uratowali znajdują się teraz na otwartym morzu zdani na własne siły.

W tych okolicznościach Chiny ogłosiłyby oficjalnie, że ich działania są proporcjonalne i mają charakter czysto defensywny. Z kolei Waszyngton zostałby zaszokowany utratą okrętu wartego trzy miliardy USD i zabiciu przy tym setek amerykańskich marynarzy. Pomimo wątpliwości Białego Domu, aby wypowiedzieć wojnę ChRL, rząd amerykański nie mógłby już się cofnąć. Wideo ze szczątków niszczyciela U.S. Navy oraz pozostawionych tam marynarzy na otwartym morzu obiegające największe agencje informacyjne i social media uczyniłyby to po prostu niemożliwe. Wielu polityków w Kongresie wzywałoby administrację do autoryzowania planów wojennych tzw. koncepcji wojny powietrzno-morskiej (Air-Sea Battle). Zakładająca zmasowany atak powietrzny na systemy radarowe i rakietowe w głębi chińskiego terytorium. Zdając sobie sprawę, że naloty (rakietowo-lotnicze) na masyw lądowy Państwa Środka zwolniłby mechanizm konfliktu zbrojnego na dużą skalę, prezydent USA mógłby upoważnić dowództwo Pacyfiku (Pacific Command), aby zniszczyć jedynie chińskie bazy na tzw. spornych wodach Morza Południowochińskiego. To pozwoliłoby przede wszystkim uratować marynarzy U.S. Navy i uniknąć ataku na terytorium kontynentalne ChRL. Z drugiej strony prezydent Xi Jinping i Rada Państwa (chiński rząd) musieliby uznać taki stan rzeczy za casus belli. Zgodnie z retoryką Pekinu Chiny posiadają niepodważalną suwerenność nad wyspami wskazanego morza. Właściwie jest ono integralną częścią ChRL.

Ci, którzy uważają ten scenariusz za trywialny powinni sobie przypomnieć japoński atak na Pearl Harbor, to terytorium nie znajdowało się ani na kontynencie Ameryki Płn. ani nawet nie było wówczas jednym ze stanów USA, a jednak tamto wydarzenie zmobilizowało amerykański naród wokół idei wojny z Japonią. Wielu w Chinach żądałoby od Xi Jinpinga, aby wydał rozkaz PLA Navy zniszczenia amerykańskich baz na Guam, w Japonii lub gdziekolwiek na Pacyfiku. Znaleźliby się i tacy, którzy żądaliby zaatakowania terytorium kontynentalne USA. Nie trudno jest sobie wyobrazić miliony chińskich obywateli wysyłających posty w Internecie przypominające chińskiemu rządowi komunistyczny slogan „nigdy więcej” – po wieku hańby z rąk wielkich mocarstw (1845-1945 r.).

W dalszych sekwencjach prezydent Xi Jinping, aby uniknąć wojny i jednocześnie proporcjonalnie odpowiedzieć mógłby zaakceptować plan awaryjny, czyli użyć lasera, broni elektronicznej i kinetycznej, aby zniszczyć amerykańskie satelity na orbicie w promilu całego obszaru działań wojennych. W powiązaniu z cyberatakami sparaliżowałoby to amerykański system dowodzenia. Cel ChRL to deeskalacja. Prezydent Xi ma nadzieję, że Stany Zjednoczone cofną się.

Z perspektywy USA ślepe ataki ChRL wprowadziłyby ogromną niepewność i złożoność sytuacji. Amerykańscy stratedzy musieliby zadać sobie pytanie, czy już zaczął się pierwszy etap skoordynowanego ataku na lotniskowce U.S. Navy oraz ich grupy uderzeniowe czy jeszcze nie? To ma zasadnicze znaczenie, ponieważ Chiny przez dekady rozwijały przeciwokrętowe pociski balistyczne DF-21D (zabójcy lotniskowców). Zauważmy jeden lotniskowiec o wyporności ponad 90 tys. ton, z 5,5 tys. marynarzami na pokładzie, Amerykanie opisują, jako suwerenne terytorium, i jest ono zbyt cenne, aby pozwolić sobie na jego utratę. Żaden amerykański prezydent nie weźmie na siebie, aż tak dużego ryzyka. Za radą szefa połączonych sztabów prezydent mógłby zaaprobować plan wojny powietrzno-morskiej.

Kiedy Amerykanie zaczną niszczyć chińskie instalacje wojskowe i systemy satelitarne przy użyciu rakiet pozbawi to Pekin zdolności namierzania okrętów U.S. Navy nawet w zasięgu tzw. pierwszego łańcucha wysp. Te ataki mogą sprowokować to, czego Amerykanie chcieliby uniknąć. Chińskie terytorium kontynentalne znalazłoby się pod ciągłymi falami ognia. W efekcie czego systemy broni rakietowej ChRL byłyby bliskie całkowitego zniszczenia. Dylemat będzie prosty, albo Pekin utraci swoją strategiczną broń albo jej użyje. Najprawdopodobniej Xi Jinping dokonałby autoryzacji totalnego ataku na okręty U.S. Navy włączając w to grupy amerykańskich lotniskowców. Obrona morska floty USA przechwyciłaby część chińskich bombowców i myśliwców, ale rój „zabójców lotniskowców” DF-21D (pocisk balistyczny) mógłby się okazać nie do zatrzymania. Jedna taka rakieta wystarczy, aby posłać na dno amerykański lotniskowiec i zabić dużo więcej marynarzy niż Ameryka straciła w 1941 r. podczas japońskiego nalotu na Pearl Harbor.

Scenariusz II

Gdyby Tajwan był niezależny, czyli uznany przez całą społeczność międzynarodową za suwerenne państwo, mógłby być wśród najbardziej prosperujących narodów świata. Jego 23 milionowa populacja zbudowała rozwiniętą gospodarkę dwa razy większą niż posiadają Filipiny, Tajlandia czy Wietnam. Pomimo tego, że wielu Tajwańczyków chce niepodległości, Chiny postrzegają ich kraj, jako swoją prowincję. Pekin jest bezustannie przygotowany, aby uczynić wszystko, co tylko jest możliwe, w udaremnieniu niepodległościowych zamiarów Tajpej. Co więcej, żaden kraj na świecie nie chce i nie ma zdolności, aby walczyć z ChRL o tę kwestię.

Przypuśćmy jednak, że chiński rząd znacząco zwiększa represje u siebie w kraju, i dotyczy to także Hong Kongu, gdzie Chiny obiecały zachować autonomię, od kiedy Wielka Brytania pozbyła się kontroli nad tym obszarem w 1997 r. Oburzeni mieszkańcy Hong Kongu zaczynają wychodzić na ulice i żądają od Pekinu dotrzymania zobowiązań m.in. zasady „jeden kraj dwa systemy” (One Country, Two Systems). W końcu, kiedy protesty przeciągają się o kolejne tygodnie bez żadnego widocznego rozwiązania, Xi Jinping wydaje rozkaz armii, aby przywróciła porządek, tak jak uczyniono to w 1989 r. na placu Tiananmen.

Postępująca przemoc szokuje Tajwańczyków – szczególnie młodszą generację. Ruchy pro-niepodległościowe i anty-chińskie rosną w siłę. W tej atmosferze prezydent Tajwanu pani Tsai Ing-wen pozwala sobie na coraz ostrzejszą retorykę, podkreślając przy tym, iż jej kraj wywalczył sobie praworządność i demokrację za cenę krwi własnych obywateli. Jej polityczni sojusznicy idą dalej, naciskając, iż to co się wydarzyło w Hong Kongu potwierdza, że Tajwan nigdy nie będzie w stanie zagwarantować wolności swoim obywatelom bez posiadania niepodległego państwa. Aby zasygnalizować swoją dezaprobatę dla chińskich represji w Hong Kongu, prezydent USA ostentacyjnie przyłącza się do stanowiska prezydent Tsai Ing-wen i deklaruje, iż dokument Taiwan Relations Act będzie w pełni honorowany przez Stany Zjednoczone.

To stanowi poważny wyłom w amerykańskiej polityce tzw. „strategicznej dwuznaczności”. Tajwańska prezydent traktuje to oświadczenie, jako ciche przyzwolenie do wykonania kolejnego ruchu w stronę suwerenności. Nie trudno jest sobie wyobrazić, że ogłasza, w jakimś wywiadzie dla New York Times’a, że Tajwan będzie aplikował o pełne członkostwo w organizacji NZ, co więcej odrzuci także tzw. Consensus z 1992 r., według którego obie strony zgodziły się na koncepcję polityki One-China. Choć zapisy tego dokumentu są inaczej interpretowane przez Tajpej i Pekin. Aby ukarać niesubordynację Tajwanu i zastraszyć go Chiny mogą zacząć wprowadzać tzw. trzecią wersję kryzysu w cieśninie. Pierwsza miała miejsce w 1958 r., przez wznowienie ostrzału artyleryjskiego wysp Quemoy i Natsu. Druga w latach 1995-96 r., kiedy odbyły się tam długotrwałe manewry morskie PLA Navy. W trzeciej odsłonie Chiny nie użyłyby już przestarzałej artylerii dalekosiężnej lub okrętów wód przybrzeżnych, ale zmasowanego ognia pocisków balistycznych i kierowanych – pod przykrywką testów. W ten sposób dokonując paraliżu handlu morskiego wokół wyspy i odcinając ją od linii komunikacyjnych. W sytuacji, kiedy Tajpej dalej odmawiałaby wycofania swojego wniosku z forum NZ Chiny mogłyby użyć dronów ze zdolnością stawiania min, aby jeszcze bardziej zakłócić ruch statków w akwenach przylegających do Tajwanu.

Wyspiarska populacja Tajwanu importuje 70% żywności i większość surowców naturalnych – włączając w to potrzeby energetyczne. Podtrzymywana blokada mogłaby zmielić ich ekonomię i spowodować ogromne niedobory zaopatrzeniowe. Pomimo sprzeciwu USA wobec aplikacji Tajwanu do NZ, Waszyngton w dalszym ciągu czułby się zobligowany do zapobieżenia ekonomicznego zaduszenia Tajpej. Wielu pro-tajwańskich kongresmenów żądałoby, aby Biały Dom wysłał lotniskowce z pomocą wojskową i humanitarną. Jak uczynił to prezydent Bill Clinton w latach 1995-96 r. Jednak obecna administracja zdaje sobie sprawę, że chińskie pociski balistyczne mogą stanowić dużo bardziej poważne zagrożenie dla jakiegokolwiek okrętu U.S. Navy. Poza tym amerykańska opinia publiczna raczej nie miałaby ochoty do wojny z ChRL.

Zamiast tego, dowództwo Pacyfiku USA (Pacific Command) mogłoby zaoferować eskortowanie statków handlowych przez zagrożone wody, byłby to jakiś gest wsparcia, ale na pewno nie przejaw determinacji do walki. Ów operacja i tak położyłaby amerykańskie okręty w poważnym ryzyku. Gdyby chińskie pociski przeciwokrętowe – oficjalnie odpalane, jako część trwających manewrów – zatopiły jakikolwiek amerykański okręt chroniący cywilny konwój prawdopodobnie śmierć poniosłoby od 600 do 800 amerykańskich marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej, czyli więcej niż stracono w pierwszym roku wojny w Iraku 2003 r.

Chiny tłumaczyłyby się, że jest to wypadek. Nie wykluczone, iż Pekin przypomniałby Ameryce sytuację z 1999 r., kiedy lotnictwo amerykańskie zbombardowało chińską ambasadę w Belgradzie – podczas tzw. wojny o Kosowo. W Waszyngtonie, sekretarz obrony oraz szef połączonych sztabów doradzaliby prezydentowi, aby nie dał się zwieść tym tłumaczeniom. Zewnętrzna presja mogłaby prowadzić prezydenta USA do autoryzowania wojny i zniszczenia rakietowych instalacji PLA Navy w głębi terytorium ChRL.

Potencjał konwencjonalny i nuklearny Państwa Środka jest zlokalizowany na tych samych terenach, a ich systemy dowodzenia są powiązane. Z tego powodu Pekin mógłby błędnie ocenić atak i dojść do wniosku, że Stany Zjednoczone próbują wyeliminować jego nuklearną broń za pomocą tzw. pierwszego uderzenia (First Strike). W desperackiej próbie deeskalacji przez eskalację – doktryna stanowiąca podstawę dla strategii militarnej Rosji – Chiny mogłyby odpalić ze swojej bazy na lądzie, balistyczny pocisk uzbrojony w nuklearną głowicę, który spadłby gdzieś na południe od wyspy Okinawy. W ten sposób nuklearny próg zostałby przekroczony. I chociaż nikt nie straciłby życia świat stanąłby na krawędzi nuklearnego Armagedonu.

Scenariusz III

Zainicjowanie wojny USA-ChRL nie wymaga bezpośredniego zaangażowania sił zbrojnych U.S. Army i ChPLA (Chinese People Liberation Army – Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza). Konfrontacja może pojawić się między ich sojusznikami. Tak jak Sparta i Ateny w starożytności zostały wciągnięte w wojnę peloponeską przez swoich mniejszych wasali (sojuszników) Kokyrę (Korfu) i Korynt, tak samo Chiny i Ameryka mogą zostać uwikłane w działania militarna przez Koreę Północną i Południową. Taki scenariusz jest bardzo możliwy. W zasadzie 10 marca 2010 r., omal nie stało się to faktem, kiedy siły zbrojne KRLD zatopiły fregatę Korei Południowej „Cheonan” w akwenie Morza Żółtego. W wyniku tego incydentu zginęło 46 marynarzy południowokoreańskich. Chiny oczywiście wspierały KRLD w uchylaniu się od odpowiedzialności za ten atak. Ostatecznie dwa państwa koreańskie i ich wielcy sojusznicy cofnęli się od krawędzi wojny. Jednak w dzisiejszych warunkach uniknięcie konfliktu zbrojnego może nie być takie proste. Szczególnie jeśli trzecia strona będzie mniej odporna na zmagania i napięcia, jakie dręczą Półwysep Koreański od ponad siedmiu dekad.

Oprócz Korei Południowej, inny wielki sojusznik USA w regionie Azji i Pacyfiku, oraz bliski sąsiad ChRL, to Japonia – z silną tradycją powojennego pacyfizmu. Choć politycy japońscy przejawiają coraz bardziej militarystyczne nastroje. Widać to szczególnie wśród japońskich konserwatystów, którzy wręcz naciskają na rewizję powojennej konstytucji narzuconej przez Stany Zjednoczone w 1947 r. Chodzi konkretnie o art. 9, który rozstrzyga jednoznacznie o tym, jaka powinna być polityka obronna i zagraniczna tego kraju. Artykuł ten brzmi następująco:

§. 1. Naród japoński, dążąc szczerze do międzynarodowego pokoju opartego na sprawiedliwości i porządku, wyrzeka się na zawsze wojny jako suwerennego prawa narodu, jak również użycia lub groźby użycia siły jako środka rozwiązywania sporów międzynarodowych.

§. 2. Dla osiągnięcia celu określonego w poprzednim ustępie nie będą nigdy utrzymywane siły zbrojne lądowe, morskie i powietrzne ani inne środki mogące służyć wojnie. Nie uznaje się prawa państwa do prowadzenia wojny.

W rzeczywistości te zapisy stoją w ewidentnej sprzeczności do zagrożeń i wyzwań przed jakimi stoi Japonia wobec terytorialnych roszczeń ChRL w akwenach Morza Wschodniochińskiego i Południowochińskiego. Podczas jakiegokolwiek kryzysu dotyczącego bezpośrednio Państwa Środka – historycznego rywala Japonii – każdy krok podjęty przez Tokio byłyby zapewne kształtowany przez historyczne resentymenty, jak i zmianę jego stosunku do użycia siły.

Prawdopodobny punkt zapalny Japonia-Chiny to Wyspy Senkaku (w nomenklaturze chińskiej: Diaoyu) położone blisko obfitych łowisk rybackich (żywych zasobów morskich), szlaków komunikacyjnych oraz niezliczonych złóż ropy naftowej i gazu – Morze Wschodniochińskie. Od zakończenia II wojny światowej USA kontroluje te obszary. W 1953 r. Waszyngton wydał nawet oświadczenie, w którym stwierdzał, że Wyspy Senkaku wraz z wyspą Okinawą są przez nie administrowane. W 1972 r., na podstawie dwustronnego układu USA-Japonia Ameryka przekazała Okinawę pod jurysdykcję japońską i oświadczyła, że dotyczy to także Wysp Senkaku. W tej samej dekadzie lat 70. XX w. Chiny zaczęły sobie rościć suwerenne prawa do wskazanego terytorium. Chińskie statki regularnie przepływają przez te wody, co podnosi napięcia w relacjach Tokio-Pekin i stwarza oczywiście ryzyko kolizji jednostek handlowych i okrętów.

Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym grupa nacjonalistów z Japonii płynie małym cywilnym statkiem na jedną z niezamieszkanych wysepek na archipelagu Senkaku. Uczestnicy wyprawy relacjonują swoje wyczyny przez social media, gdzie informują, że ich celem jest wysepka Kuba Jima, którą zamierzają zająć i okupować w imieniu Japonii. Po wylądowaniu zaczynają budować tam jakieś niezidentyfikowane obiekty. Zapewne Chiny zareagowałyby natychmiast, ich morska straż graniczna, pojawiłaby się w ciągu kilku godzin i zaaresztowała japońskich prowokatorów. Czy Japonia pozwoliłaby, aby stanęli oni przed obliczem chińskiego sądu? Być może. Aby jednak nie utracić twarzy Tokio mogłoby też wysłać własną jednostkę, która powstrzymałby zabranie dysydentów do ChRL.

Z pewnością wytworzyłoby to duży zamęt, gdyby PLA Navy i Maritime Self-Defense Force (Japońskie Morskie Siły Samoobrony) rozmieściły swoje okręty i odrzutowce na niewielkiej przestrzeni około 35 tys. km². Sytuacja pogorszyłaby się jeszcze bardziej gdyby japoński okręt desantowy zaczął zajmować wysepkę Kuba Jima. Innymi słowy Tokio podwoiłoby stawkę. Zwykły incydent mógłby przeistoczyć się w militarną konfrontację. W pilnym wezwaniu japoński premier przypomniałby prezydentowi USA, że Tokio oczekuje od Waszyngtonu zachowania gwarancji bezpieczeństwa – zgodnie z zapisami wielokrotnie aktualizowanego układu o wspólnym bezpieczeństwie zawartym w 1951 r. Japoński rząd powoływałby się też na wielokrotnie składane zapewnienia wysokich urzędników Pentagonu i departamentu stanu, iż zobowiązania sojusznicze dotyczą również Wysp Senkaku.

Załóżmy, że opisany impas wchodzi w trzeci dzień kryzysu. Prezydent USA i Rada Bezpieczeństwa Narodowego (National Security Council) musi podjąć ostateczną decyzję: Czy Stany Zjednoczone mają wiarygodnie odpowiedzieć na apel japońskiego premiera i zacząć rzutować swoją siłę powietrzną nad spornymi wyspami, aby chronić japońskich marynarzy? Czy może zostanie wyznaczony bardziej powściągliwy kurs, aby usatysfakcjonować Japonię, ale jednocześnie nie antagonizować ChRL i nie eskalować napięcia? Wyobraźmy sobie, że prezydent optuje za drugą propozycją i wysyła z japońskiej bazy morskiej Yokosuka patrolową grupę okrętów, ale poza zasięgiem pocisków balistycznych PLA Navy, czyli DF-21D (zabójców lotniskowców). Z kolei z drugiej amerykańskiej bazy powietrznej Yokota (Japonia) zostają wysłane samoloty, na tyle blisko miejsca zdarzenia, że mogą udzielić pomocy japońskiej marynarce. W pobliżu następuje również dyslokacja okrętów podwodnych U.S. Navy.

W czwartym dniu kryzysu chiński niszczyciel doznaje kolizji z japońską łodzią rybacką na zatłoczonych wodach. Wkrótce myśliwce obu stron przelatują prowokacyjnie nad okrętami swoich oponentów. W tym czasie, kiedy japoński kapitan wydaje rozkaz zestrzelenia chińskiego myśliwca, okręty PLA Navy w odpowiedzi na atak, zatapiają jego fregatę, kryzys zamienia się w krótką, ale bardzo śmiercionośną bitwę morską. W zasadzie obie strony są na krawędzi wojny. Stany Zjednoczone są gotowe zatopić chińskie jednostki przy użyciu okrętów podwodnych lub wysłać w rejon konfliktu całe skrzydło lotnictwa taktycznego. Jednak przed podjęciem kolejnej decyzji dzieje się coś nieoczekiwanego nad rejonem walk zapada informacyjna ciemność japońskie siły morskie i powietrzne tracą łączność między sobą i ich kwaterą główną w Tokio.

W efekcie przeprowadzonego cyberataku japoński system dowodzenia ulega poważnemu uszkodzeniu. Z pewnością USA i Japonia obwiniłyby za ten atak Chiny. Tym bardziej gdyby sprawcy pozostawili czytelne ślady prowadzące do jednostki hakującej w siłach zbrojnych ChRL. W U.S. Pacific Command pojawiłaby się niepewność – co robić dalej? W celu zapobieżenia zniszczenia japońskiej floty okręty podwodne U.S. Navy mogłyby zacząć zatapiać chińskie okręty w pobliżu Wysp Senkaku. W ten sposób incydent Japonia-Chiny zamieniłby się w wojnę trzech narodów Japonia-Chiny-USA.

Co by się stało, gdyby za tym cyberatakiem nie stały Chiny? Co jeśli, ten atak był przeprowadzony przez Rosję, pod fałszywą flagą, tak aby wciągnąć USA i ChRL w konflikt zbrojny, i odciągnąć uwagę Waszyngtonu od europejskiego teatru? Zapewne do tego czasu służby wywiadowcze odkryłyby prawdę, ale to niczego już by nie zmieniło. Strefa wojenna wokół Wysp Senkaku uległaby rozszerzeniu. W tej sytuacji Tokio rozpaczliwie potrzebowałoby pomocy Ameryki, czyli użycia lotniskowców. Gdyby Waszyngton wysłuchał tego krzyku rozpaczy, punkt zwrotny zostałby bezpowrotnie przekroczony. Zniszczenie choćby jednego lotniskowca U.S. Navy, z tysiącami ludzkich istnień na pokładzie byłoby tragedią, która zmusiłaby administrację USA do zmasowanego ataku na ChRL. W rezultacie incydent zamieniłby się w wiele morskich bitew.

Wojna USA-Chiny jest nieuchronna. Wskazane scenariusze w zasadzie są drugorzędne dla powyższej konkluzji. Wyraźnie widać w nich, jak łatwo może dojść do incydentu przeistaczającego się w serię morskich starć rozstrzygających ostatecznie status ChRL w regionie Azji Wschodniej. To jakościowa różnica między rozproszoną geometrią przyszłej wojny USA-ChRL na morzu, a zwartą rywalizacją na lądzie NATO-Układ Warszawski.

Powrót do przyszłości (Back to the Future)

Jakie konsekwencje będzie miała zmiana układu sił USA-Chiny dla Azji, Ameryki i reszty świata? Zacznijmy od Azji. Jeśli Chiny wyłonią się, jako regionalny hegemon to następne zagrożone obszary będą Australia i Bliski Wschód. Kiedy to może nastąpić? Jak Chiny przebiją się przez pierwszy łańcuch wysp – Morze Wschodniochińskie i Południowochińskie. Ostatnią deską ratunku dla USA będzie zablokowanie Cieśniny Malakka. Z kolei to zdeterminuje ChRL, aby przebić się przez drugi łańcuch wysp od wysokości baz U.S. Navy (Yokosuka) i U.S. Air Force (Yokota) w Japonii, wyspę Guam, Papuę Zachodnią po Indonezję, i ominąć blokadę.

Wielu chińskich strategów zwraca baczną uwagę na Australię głównie z powodu deficytu ropy. Uzależnienie ChRL od importu tego surowca będzie rosło – obecnie większość dostaw pochodzi z Bliskiego Wschodu. Dalej będą one transportowane przede wszystkim drogą morską. Pomimo całej argumentacji o budowie rurociągów i linii kolejowych przebiegających przez Birmę i Pakistan, transport morski jest dużo łatwiejszy i tańszy. Chiny o tym wiedzą, dlatego budują globalną flotę (Blue Water Navy), która da im zdolność obrony morskich linii komunikacyjnych do i z Zatoki Perskiej.

Geograficzny problem Państwa Środka polega na zabezpieczeniu tych szlaków. Z kolei to ma szerokie implikacje dla przetrwania Australii. W zasadzie istnieją tylko trzy przejścia między akwenami Morza Południowochińskiego i Oceanu Indyjskiego. To oznacza, że Chiny muszą kontrolować przynajmniej jedno z nich. Chińskie statki mogą przepłynąć przez Cieśninę Malakka, która jest otoczona przez trzy państwa Indonezję, Malezję i Singapur lub płynąć dalej na południe i przejść przez Cieśninę Lombok lub Sunda. Oba ostatnie punkty przecinają Indonezję i wychodzą na otwarte wody Oceanu Indyjskiego, czyli północno-zachodnią Australię. Niemniej to jest mało prawdopodobne, aby Chiny mogły przebić się przez Cieśninę Malakka, ponieważ Singapur to bliski sojusznik USA. Zatem tzw. „dylemat Malakka” zostanie rozwiązany dzięki otwarciu dróg morskich przez Indonezję. Nie jest wykluczone, że ChRL podporządkuje sobie Canberrę, aby zmniejszyć do minimum ryzyko zablokowania wskazanych cieśnin. Tak jak Stany Zjednoczone podporządkowały sobie Panamę.

Co będzie oznaczała regionalna hegemonia ChRL dla Ameryki? Oprócz tego, że Waszyngton utraci większość sojuszników w Azji Wschodniej m.in. Japonię, Koreę Południową, Tajwan, Filipiny, Wietnam … etc., wyzwoli to nową sytuację w polityce światowej, do której ani Ameryka ani Chiny nie będą przygotowane. To będzie rodzić poważne kryzysy podobne do tych z początku zimnej wojny (np. pierwszy i drugi kryzys berliński 1948 r. i 1961 r. lub kryzys kubański 1962 r.). Innymi słowy Waszyngton i Pekin będą musieli wypracować nowe zasady współdziałania po cofnięciu się do przyszłości.

Co to nowe rozdanie będzie oznaczało dla świata? W mojej ocenie bipolarny antrakt USA-ChRL. Obok starego hegemona w Zachodniej Hemisferze (USA) pojawi się drugi hegemon (Chiny) w Azji Wschodniej. Taki układ sił będzie bardziej kryzysogenny, ale mniej podatny na wojny. Bipolarność zamrozi wiele konfliktów. Układ ten będzie bardziej zrównoważony w dystrybucji potęgi i geografii (dwie regionalne hegemonie) niż obecna struktura USA-Chiny-Rosja. W stosunkach międzynarodowych pojawi się większa pewność podejmowania decyzji i działania, gdyż zostanie zniwelowana prawie do zera współzależność militarna między państwami. Zwiększy się przejrzystość zagrożeń i determinacja, kto ma za nie wziąć odpowiedzialność. To z kolei wyeliminuje chaotyczne reakcje na kryzysy. W końcu broń nuklearna dalej będzie mitygowała zjawisko anarchii w systemie. Zatem powrócimy do przyszłości, być może nie tylko przez imitację zimnej wojny, ale także jej innowację.

Artur Brzeskot
Absolwent Uniwersytetu Szczecińskiego Instytutu Historii i Stosunków Międzynarodowych oraz Katedry Badań nad Konfliktami i Pokojem. Ekspert European Institute for Strategic Studies. Zainteresowania: stosunki międzynarodowe teoria i praktyka

PODOBNE ARTYKUŁY

Szachy bez zasad

Szachy bez zasad

Bliska zagranica Onet: Rosyjska agencja pisze o sojuszu z Polską Operacja mająca na celu destabilizację polskiej sceny politycznej wchodzi w kolejną fazę. Grając wcześniej już sondowaną „kartą resentymentów”, Rosja chce za

READ MORE
Militarna strategia a konwencjonalne odstraszanie

Militarna strategia a konwencjonalne odstraszanie

Co ma wspólnego strategia i konwencjonalne odstraszanie? Wydaje mi się, że obie te rzeczy są bezpośrednio powiązane z kwestią jak siły zbrojne danego narodu mają być użyte, aby osiągnąć specyficzne

READ MORE
Rusza kampania promocyjna Agencji Wywiadu

Rusza kampania promocyjna Agencji Wywiadu Popular

Agencja Wywiadu ma nową stronę internetową, Agencja Wywiadu pojawiła się na Twitterze, teraz Agencja Wywiadu rusza ze swoją kampanią promocyjną. A to dopiero początek, czeka nas cała seria kampanii informacyjnych

READ MORE
Niewidoczny front niewypowiedzianej wojny

Niewidoczny front niewypowiedzianej wojny

Zabezpieczenie kraju przed prowadzeniem inwazyjnych, zewnętrznych działań wywiadowczych o charakterze psychologiczno – informacyjnym jest zadaniem szczególnie trudnym. W pierwszej kolejności wymaga uświadomienia oraz właściwego ustrukturyzowania zagrożenia. Trafnie opracowana struktura zagrożenia

READ MORE
„Agencja badań internetowych” – czyli propaganda po rosyjsku

„Agencja badań internetowych” – czyli propaganda po rosyjsku

Agencja badań internetowych – taką nazwę nosi rosyjska organizacja, realizująca masową propagandę w mediach społecznościowych. Głównym celem działalności organizacji jest wpływ na opinię publiczną poprzez szerzenie w mediach internetowych dezinformacji,

READ MORE
Informacyjni analfabeci

Informacyjni analfabeci

1. W 2007 roku powstał raport dotyczący likwidacji WSI – oficjalny dokument państwowy. 2. W 2017 roku powstał „raport” dotyczący „likwidacji politycznej” Ministra Obrony Narodowej, który w 2007 roku sporządził

READ MORE
Słowo roku – tylko konkurs?

Słowo roku – tylko konkurs?

Vape, selfie Mniej więcej co roku opinię publiczną elektryzuje informacja o wyborze kolejnego słowa roku  wybieranego w plebiscycie słownika oxfordzkiego. Ten specyficzny, ale elitarny konkurs wyłania każdego roku jedno najbardziej

READ MORE
Czy Polska potrzebuje komunikacji strategicznej?

Czy Polska potrzebuje komunikacji strategicznej?

Środowisko informacyjne Niewątpliwie od jakiegoś czasu środowisko informacyjne Europy bombardowane jest niezliczoną ilością treści, szczególnie takich które mają charakter dezinformacyjny czy propagandowy. Identyfikacja i dalsza analiza tego zjawiska wskazuje na

READ MORE
Wilczy sojusz Chiny – Rosja

Wilczy sojusz Chiny – Rosja

Najpotężniejsze i najbardziej wydajne w zabijaniu i niszczeniu są mocarstwa lądowe. To ich armie mogą przenosić najwięcej potęgi, więcej niż lotniskowce, krążowniki, okręty podwodne czy nawet bombowce strategiczne i pociski

READ MORE
Nie wysyłać broni na Ukrainę

Nie wysyłać broni na Ukrainę

Ukraiński kryzys trwa już ponad trzy lata, ale Rosja osiągnęła swój cel. Separatyści okopali się na swoich pozycjach we wschodniej Ukrainie, a prezydent Władimir W. Putin nie przejawia żadnych oznak

READ MORE
Europejskie siły nuklearne: polityczna fikcja czy kwestia czasu?

Europejskie siły nuklearne: polityczna fikcja czy kwestia czasu?

Niegdyś słabsze mocarstwa, jak Prusy lub Austria mogły poprawić swoją pozycję przez zawarcie sojuszu, który uzupełniał siłę ich wojsk siłą obcych armii. Czy dzisiaj średnie państwa europejskie takie, jak Wielka

READ MORE
Czy Egipt i Syria mają strategiczne znaczenie dla USA?

Czy Egipt i Syria mają strategiczne znaczenie dla USA?

Bez przerwy słyszę od komentatorów, dyplomatów i polityków – w różnych mediach – że Egipt i Syria mają strategiczne znaczenie dla Ameryki. Jeśli bliżej przyjrzymy się twardym faktom, ten wykreowany

READ MORE
Harcerze w Krainie Deszczowców

Harcerze w Krainie Deszczowców

Obca flaga Po podliczeniu wszystkich głosów, GRU/SVR zajęły trzecie miejsce w wyborach do niemieckiego parlamentu. Analizując przestrzeń polityczno / medialną daje się ze zdziwieniem dostrzec, że najgłośniej z powodu wyniku

READ MORE
NATO jest realne czy liberalne?

NATO jest realne czy liberalne?

Według pracy Stephena M. Walt’a „The Origins of Alliances” najważniejszy zewnętrzny czynnik determinujący spójność sojuszy to realne zagrożenie. Aspektami wtórnymi są intencje agresora, jego bliskość geograficzna, militarne zdolności: ofensywne lub

READ MORE
5 rubli czy 5 minut?

5 rubli czy 5 minut?

Projekcja siły wirtualnej Gangster – im jest słabszy, tym bardziej pręży muskuły i groźniej chce wyglądać. To książkowy przykład psychologicznej zależności, w której deficyt siły realnej rekompensuje projekcja siły wirtualnej.

READ MORE
Mity i fakty: ZAPAD 2017

Mity i fakty: ZAPAD 2017

Ćwiczenia wojskowe ZAPAD 2017, które odbędą się na Białorusi we wrześniu przyciągają coraz większą uwagę krajowej i zachodniej prasy. Według napływających doniesień można odtworzyć trzy scenariusze rosyjsko-białoruskich manewrów. Pierwszy, to

READ MORE
ZSRR 2.0

ZSRR 2.0

Trójkąt przyczynowo – skutkowy Początek współczesnej fali terroru, który coraz skuteczniej paraliżuje europejską cywilizację datuje się na rok 2015. Dlaczego ta tendencja nie rozpoczęła się np. w 2013 roku? Wiele

READ MORE
Jak osiodłać nuklearną błyskawicę?

Jak osiodłać nuklearną błyskawicę?

W ostatnich miesiącach cały świat doświadcza gorącej debaty, jaki jest najlepszy sposób dla Waszyngtonu i Seulu, aby odpowiedzieć na nuklearną aktywność Kim Dzong Una. Stany Zjednoczone uszczelniają i tak już

READ MORE
Gra w „Dwa ognie”

Gra w „Dwa ognie”

Terroryzm ewoluuje. Jego najokrutniejsza forma dotąd na szczęście nie dotarła do Polski, i jest duże prawdopodobieństwo, że w takiej formie w jakiej występuje w krajach Europy zachodniej, do Polski nie

READ MORE